Fale i chmury, słońce i gwiazdy – morskie przygody Krisa Matuszewskiego

 

  1. Kiedy w Pana głowie zakiełkował pomysł o żeglowaniu?

Żeglowanie po morzach marzyło mi się od dzieciństwa. Gdy miałem 11 lat dostałem od dziadka powieść „Robinson Kruzoe” według Daniela Defoe, która wywarła na mnie ogromny wpływ. Potem były „Piętnastoletni kapitan”, „Dzieci Kapitana Granta” i setki innych. Mając piętnaście lat zdobyłem stopień żeglarza, a potem kolejne. Po kilku sezonach na Mazurach zaczęły się rejsy morskie. Najważniejszy był pierwszy rejs na pięknym szkunerze „Zew Morza”. Wówczas zapadłem na nieuleczalną fascynację. Żeglowałem dość intensywnie po Bałtyku do trzydziestki w każdą wolną chwilę. Potem miałem długą przerwę. Dziesięć lat temu wróciłem z żoną i dziećmi na Mazury, a po dwóch sezonach zabrałem ich na morze. Rok później, aby uniknąć wysokich kosztów czarteru jachtów, kupiłem w Grecji czterdziestoletni morski jacht o długości 7,4 m idealnie nadający się dla moich potrzeb. Nazwaliśmy go „Anna Łucja” – imionami naszych mam. Po Morzu Jońskim i Egejskim żeglowaliśmy w czasie wakacji przez osiem lat. Gdy w końcu przeszedłem na emeryturę, mogłem zacząć moją największą przygodę.

  1. Jak wyglądały początki podróży?

Podczas kilkutygodniowego „rejsu remontowego” przygotowywaliśmy „Annę Lucję” do żeglugi po oceanie. Wypłynęliśmy w pierwszych dniach sierpnia 2016 z Lefkady w Grecji wraz z moim piętnastoletnim synem na zachód, przemierzając Morze Śródziemne aż do Torrevieja. Odwiedziliśmy wiele pięknych wysp, przeszliśmy trudną cieśninę Mesyńską. Syn wrócił do szkoły w Opolu, a ja pomalutku wraz z kolegą, wzdłuż brzegów Hiszpanii dopłynęliśmy do Gibraltaru. Potem, już sam pożeglowałem do Portugalii, skąd 5 grudnia wyruszyłem na wielką wodę.

3. Czy są miejsca, w które chciałby Pan szczególnie powrócić?

Jest wiele pięknych i przyjaznych miejsc, do których chciałbym wrócić. Szczególnie po to, żeby pokazać je żonie.  Najczęściej na myśl przychodzą mi pełne kwiatów, przecudnych modrych hortensji, Wyspy Azorskie. Z drugiej strony jest tyle nowych miejsc, gdzie jeszcze nie byłem… Na przykład wyspa Robinsona Kruzoe, Bahamy, Wyspy Oceanii…

4. Jakie wspomnienia z rejsów są dla Pana najbardziej cenne?

Bardzo różne. Niepowtarzalne uczucie, stan ducha, który osiąga się kilka dni po wyjściu na ocean. Gdy wokół są tylko fale i chmury, słońce i gwiazdy… Ale również piękne zatoki, spotkania z innymi przyjaznymi i ciekawymi ludźmi, chwile spędzone na jachcie z żoną, synem, przyjaciółmi.

5. Jakie były najtrudniejsze i najniebezpieczniejsze momenty podczas Pana wypraw?

Nie były to sztormy. Po pierwsze unikałem ich, a do tych, przez które musiałem przejść, jacht był dobrze przygotowany. Był nieprzyjemny moment, gdy w nocy pod wpływem silnych szkwałów, jacht zaczął dryfować na inne jachty. Były dwie groźne sytuacje, kiedy nagle pękła lina mocująca maszt. To wymagało dobrego refleksu. Najtrudniejsze były jednak sytuacje, gdy zdarzył się dość silny przeciek oraz utrata wody pitnej. Wszystko to na środku Północnego Atlantyku w czasie powrotu, gdzieś między Bermudami i Azorami. Na szczęście byłem dobrze przygotowany i razem z kolegą daliśmy sobie radę.

 

  1. Ile trwała Pana najdłuższa podróż bez zejścia na ląd?

Najdłuższe odcinki to były przejścia na drugą stronę Atlantyku. 28 dób z Gran Canarii na Martynikę i 29 dób z Bermudów do Flores na Azorach. Oba te odcinki żeglowałem we dwójkę, z kolegą. Natomiast najdłuższy odcinek przepłynięty samotnie to było przejście z Brytyjskich Wysp Dziewiczych na Bermudy, gdzie dopłynąłem po 13 dobach.

7. Jak przygotowuje się Pan do podróży i ile czasu to zazwyczaj zajmuje?

Przygotowania do podróży morskiej, szczególnie rejsu po oceanie są długotrwałe i wielopłaszczyznowe. Do mojej Columbiady – rejsu szlakiem Krzysztofa Kolumba wokół Atlantyku Północnego przygotowywałem się trzy lata. Pierwszy zakres to nawigacja – zebranie informacji, map i locji – przewodników żeglarskich, informacji meteorologicznych. Drugi zakres to przygotowanie techniczne jachtu. Trzeci to zaprowiantowanie, określenie jaki i ile prowiantu biorę z kraju, co będę uzupełniał po drodze.

 

  1. Jak na Pana wyprawy reaguje rodzina?

Przed moim długim rejsem sporo pracowałem nad przekonaniem żony. Przynajmniej trzy lata. To było trudne wyzwanie, ale pomogło mi lepiej się przygotować. Przełomowym momentem było opracowanie szczegółowego harmonogramu podróży i wspólnych etapów. Zaplanowałem dwa wspólne tygodnie na Wyspach Kanaryjskich w okresie Bożego Narodzenia i Nowego Roku oraz wspólny rejs wokół Martyniki. Były jeszcze dwa etapy przeżeglowane wspólnie z synem. Tak więc ten rejs stał się w znacznym stopniu imprezą rodzinną.

  1. Co Pan jada podczas podróży?

Lubię dobrze jadać, a nawet samemu gotować. W czasie krótkich wypadów nie jest to wielki problem, co najwyżej finansowy. W trakcie długich rejsów, a mówimy o okresach nawet kilkumiesięcznych, jest to znacznie trudniejsze, aby dobrze zaplanować zaprowiantowanie. Posiłki muszą być smaczne, pełnowartościowe, kaloryczne i łatwe do przyrządzenia, a składniki trwałe i łatwe do przechowywania. Dlatego w morze raczej nie biorę opakowań szklanych, za to preferuję zupy w saszetkach i niewielkie opakowania aluminiowe. O ile z pasztetów i szyneczek korzystałem wcześniej, to odkrycie i wypróbowanie „mokrych” zup w saszetkach było bardzo ważne i ułatwiło mi podróż.  Ich zalety to łatwość przygotowania, różnorodność, łatwość ształowania – czyli bezpiecznego upakowania w ciasnych schowkach na jachcie oraz zawartość wody.  Dobierałem zupy o wysokiej kaloryczności, tak aby stanowiły pełny posiłek. Te o niższej kaloryczności wzmacniałem dodatkiem smalcu z mielonym mięsem drobiowym. Wszyscy, którzy żeglowali ze mną bardzo je chwalili. Mają też wadę – puste opakowania nie toną, więc musiałem je gromadzić w czasie rejsu. Po miesiącu na morzu miałem dwa spore worki śmieci w kokpicie. Na morzu lodówka przeważnie nie działa i bywa ciepło, więc otwarte opakowanie powinno być opróżnione jak najszybciej. Rano jajka, pasztet, wędlina. Drugi posiłek to zupa z saszetki, często wzmocniona kalorycznie dodatkiem oleju lub smalcu. Trzeci posiłek to na ogół złowiona ryba lub mięso z puszki duszone z warzywami. O północy „podkurek” – bakalie lub czekolada.

  1.  Czy ma Pan choć jeden taki produkt, bez którego nie wybierze się Pan w podróż?

Przed wyjściem w morze zawsze biorę wodę. A z Polski, gdy mam okazję, zupy Profi w saszetkach. Inne produkty są do nabycia wszędzie, ale nie zupki.

Dziękujemy za wywiad i życzymy dalszych wspaniałych podróży.